Nurkując w otchłani
Blog > Komentarze do wpisu
Irena
Potraficie wskazać osobę, która miała na was ogromny wpływ, czy wręcz ukształtowała wasze poglądy? Ja potrafię! Co prawda niespełna cała moja rodzina ma poluzowany lewicowy dekiel, ale jednak wyjątki się zdarzają, np. brat mamusi to znany, prawicowy publicysta. Podczas familijnych spotkań, za każdym (za przeproszeniem) jebaniutkim razem, wyciąga przypowieść, jak to przewoził dużym Fiatem bibułę z Lublina do Warszawy, a pod Piasecznem przekupił zomowców flaszką bimbru. A przecież mogli zabić. Żebyście mieli pojęcie o kalibrze: mój brat się zapiera, że podczas wakacji u rzeczonego wujaszka, częstował go cukierkami i brał na kolanka sam Bronek Wildstein.

Przedwczoraj w nocy, w wieku 94 lat odeszła moja ciotka Irena. W barku poniewierał się samotny Glenfiddich, więc zapaliliśmy z małżonkiem po cygarze i obalaliśmy single malta, przy okazji wspominając zmarłą. Bez Coli of kors. Smutów nie będzie, bo spłakaliśmy się ze śmiechu. I wy poznajcie największą fankę Jerzego Urbana w tym Układzie Słonecznym.

Irena była szwagierką mojego dziadka, pochodziła z rodziny nawróconych na katolicyzm Żydów. Podejrzane nazwisko zaprowadziło całą rodzinę do Auschwitz, który przeżyli tylko ona i jej starszy brat. Gdy wiele lat później wracała z pracy, pod domem zaczepił ją żul z nożem, który zagroził, że zrobi z jej brzucha jesień średniowiecza, jeśli nie odda mu torebki. Zakasała rękaw, pokazała numer obozowy i spytała niedoszłego złodzieja, czy umie robić lepsze eksperymenty od nazistowskich lekarzy. Gość zgłupiał, przeprosił w pas i zwiał. Niedługo po wojnie została inżynierem, ze specjalizacją z maszynoznawstwa chemicznego - pierwszy rocznik absolwentów łódzkiej polibudy. Na uczelni poznała Zygmunta i razem do końca życia wuja (1993) ulepszali maszyny do produkcji barwników, np. w zgierskim Borucie. Społecznie intensywnie działali na rzecz sierot, ale nigdy nie doczekali się własnych dzieci, choć w ich przypadku to może i lepiej, bo oboje szczerze nienawidzili niemowlaków srających pod siebie, zaplutych trzylatków i sepleniących przedszkolaków. Dziecko było sensowne, jeśli nabierało zdolności do bycia partnerem w dyskusji. Gdzieś w okolicach 86. roku mój ojciec miał zlecenie na jakiś większy projekt po godzinach, wymagający użycia chemikaliów. Dla pewności trzeba było gdzieś ulokować zgraję trzech bachorów. Jako, że cała rodzina pochodzi z Kołobrzegu, jedynym wyjściem było zamieszkanie z wujostwem. Jaka jest najlepsza rozrywka dla dzieci, gdy dobranocka nie wchodzi w rachubę, bo pokazują tam infantylne treści? Otóż trzeba zgromadzić i w odpowiednim momencie wrzucić do paśnika zapas wedlowskich baryłek, wtedy jeszcze słusznie nadzianych wódą, a nie żadnymi tam kremowymi likierami. Zaprawdę wam powiem, że spało się znakomicie.

Irena mieszkała niemalże na najwyższej kondygnacji bałuckiego łamańca. W śmigus-dyngus dobre miejsce dla małolatów do zrzucania balonów napełnionych wodą. Tzn. do 12-stego roku życia byłam przekonana, że to baloniki. 1991 zapisał się w kartach historii jako rok, w którym odbył się pierwszy kongres Porozumienia Centrum, powstała Grupa Wyszehradzka, a mała Ewelinka poznała nowe słowo: prezerwatywa. Dla Ireny byłam już w odpowiednim wieku i mogła spędzać ze mną więcej czasu. Oglądałyśmy Dynastię, a ciocia żywo kibicowała Stevenowi Carringtonowi w odnalezieniu partnera życiowego. W każdy poniedziałek, nie przesadzając powiem, że tak do 80-tego roku życia, wsiadała na rower i śmigała na miasto w poszukiwaniu tygodnika Nie. Pióro Urbana ceniła najbardziej, na półce trzymała wszystkie książki jego autorstwa, gdzieś w szufladzie nawet miała odręcznie podpisaną wizytówkę redaktora. Dwa razy obdarowała mnie Alfabetem Urbana, żebym mogła sypać cytatami np. o Januszu:

Przywódca Ruchu Polityki Realnej. Barwna postać zawsze w muszce. Łączy nas stara znajomość i niechęć do "Solidarności". Korwin-Mikke stworzył własną, kieszonkową partię - Ruch Polityki Realnej. Jest to ugrupowanie konserwatywno-liberalne, sprzymierzone z monarchistami, których mamy razem trzech.

Przychodził w latach 70. do "Polityki", gdzie przynosił felietony na różne tematy, zawsze oryginalne, gdy idzie o poglądy, żywo napisane, tylko pod koniec przeważnie rozłażące się. Drukowałem go od czasu do czasu. Stale tego robić nie było można, gdyż był zbyt płodny. Strach było zamieścić jakiś tekst, ponieważ to znaczyło, że nazajutrz, zachęcony, przyniesie dziesięć nowych. Ja zaś jako redaktor byłem leniwy i zawsze wolałem mieć do czytania mało tekstów, a nie dużo. Z tej banalnej przyczyny limitowalem publikacje Korwin-Mikkego, ale również i z powodów politycznych. Chodziło o to, że on przecież był opozycją, więc co innego występ gościnny w "Polityce", a co innego, kiedy utrwali się jako stały autor pisma. Poza tym bałem się, że za tego wroga socjalizmu dostaniemy po uszach. Zrobiłem więc coś, czego nigdy nie czyniliśmy i za co Rakowski zdarłby ze mnie skórę. Zadzwoniłem do MSW i poprosiłem ich o opinię na temat roli Korwin-Mikkego. Nasze władze bowiem - mówiłem - leją nas za drukowanie ludzi z opozycyjnego podziemia, a skąd my niby mamy znać grzechy różnych autorów, wiedzieć, gdzie są zapisani i  w jaki sposób ryją pod naszym ustrojem?

Odpowiednia komórka MSW odparła, że możemy spokojnie go drukować. Pisze różne manifesty, ale rozkleja je tylko na swojej klatce schodowej, a resort nie jest drobiazgowy ani małostkowy.

Kiedy zostałem szefem telewizji, Korwin-Mikke skarżył mi się, że go nie pokazują na ekranie. Poleciłem dawać go na ekran, ile tylko wlezie, bo to polityk prawdziwie niezależny. Ile razy zmieścił się w programie, tego nie wiem, mniej w każdym razie, niż on by chciał, a więcej, niż pragnęłaby tego "Solidarność", która podobnie jak PZPR nie znosi ludzi nie zapisanych u siebie.

To ciotka powiedziała mi o kiosku na Pl. Dąbrowskiego, którego dziarski właściciel eksponował na ladzie wszelkiej maści Szczerbce i inne głupoty. Wespół dręczyłyśmy pana o nowe Nie, w końcu sprowadził, ale wręczał z niekłamanym obrzydzeniem, które nas obie strasznie bawiło.

Do głównych zainteresowań Ireny należało jednak niszczenie osobnika krótką, celną ripostą. Gdy przedstawiłam jej mojego jeszcze wtedy narzeczonego, obejrzała go od góry do dołu, po czym rzuciła: chrzczony? Najlepiej wychodziło jej to w czasie pogrzebów, gdy nikt nie spodziewa się ciosu i ze wszystkich sił stara powstrzymać się od wybuchu śmiechem. Raz, gdy nieopacznie znalazłam się z nią ramię w ramię w korowodzie żałobników, zostałam zaatakowana pytaniem: długo jeszcze? Schaby na stypce stygną. Innym razem z premedytacją stanęłam dalej - smutno i ponuro, grabarze spuszczają trumnę do dołka, trębacz zasuwa Anielski orszak. A nagle kątem oka widzę, jak pokaźna grupa osób płacze ze śmiechu. Otóż ciotka postanowiła podsumować wirtuozerię cmentarnego trębacza hasłem: Louis Armstrong toto kurwa nie jest. 

Inna konsolacja, dokładnie 6 lat temu - pamiętam datę, bo podczas uroczystości został mi streszczony ostatni, doskonały felieton Urbana o tsunami. Trochę wódki zdążyło się już polać (88 lat, a głowa mocna jak za młodu), stoimy gdzieś w korytarzu knajpy i palimy fajki (do ostatnich dni schodziła Irenie paczka dziennie). Nagle ktoś z obsługi knajpy, widząc, że goście mają już w czubie, postanowił włączyć muzykę. Na mój gust to było coś z okolic Franka Sinatry. Ciotki to nie oburzyło, ale postanowiła uciszyć innych tytoniowców, aby wsłuchać się w melodie płynące z sali. Minuta ciszy, z zaplecza wychodzi kelnerka, na jej widok ciotka krzyczy: JAK TO KURWA "RUDY RYDZ"?! Poskładalim się w harmonijki, pani z tacą mało nie grzmotnęła.

W zeszłym roku pojawiły się problemy z chodzeniem, ale za nic nie chciała aby po jej domu kręciła się jakaś baba z opieki. Za takie psie pieniądze od Kopaczowej ona też by nie chodziła do chorych. Jasność umysłu zachowała niemal do końca. Tuż przed wyborami parlamentarnymi odebrałam telefon, żadnego cześć/dzień dobry, tylko od razu: jutro masz mnie zawieźć do lokalu, mohery i pierdolce spod krzyża chodzą, to ja też muszę. W drodze zostałam poinstruowana, żeby w żadnym wypadku nie głosować na pacana Palikota. I czemu w ogóle Biedroń, taki ładny i mądry chłopiec, się do niego zapisał. Wyników niestety nie doczekała w pełnej świadomości. Ale tak sobie myślę, że na pewno by zapaliła Camela, polała nalewki własnej roboty i świętowała przed telewizorem obecność Anny Grodzkiej w Sejmie.

niedziela, 22 stycznia 2012, das.jaszczomp
Tagi: prywata

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2012/01/23 13:18:21
Jak bym napisała świeć Panie nad jej duszą, to by mnie straszyła do końca świata nie? albo naplułaby mi na buty we śnie? :):):) Dlatego darujmy sobie - i Pani Ireno - mimo, że rzuciłam palenie jakiś czas temu - za Pani pamięć - idę na dyma :)
stat4u