|
Nurkując w otchłani
poniedziałek, 26 marca 2012
Twój Bucerski Styl
Gdy jestem zmuszona stać w kolejce, lubię urozmaicić sobie czas jakąś prasówką. W zeszłym tygodniu zdarzało mi się to nader często, więc już w piątek wyczerpałam ostatnie zapasy prasy czytalnej i średnio czytalnej. Plus Wprost. Żabka obok przychodni miała w ofercie jedynie Fakt, Rzepę, gazetki z plotkami o bliżej nieznanych mi serialowych wyrobnikach i Twój Styl (najlepiej sprzedający się LUKSUSOWY magazyn dla kobiet). W gorączce 39 koma 3 i jakimś zaćmieniu umysłowym złapałam za to ostatnie. Oprzytomniałam w poczekalni, zaraz po lekturze wstępniaka naczelnego. Od razu sobie przypomniałam, dlaczego nienawidzę prasy kobiecej.
niedziela, 22 stycznia 2012
Irena
Potraficie wskazać osobę, która miała na was ogromny wpływ, czy wręcz ukształtowała wasze poglądy? Ja potrafię! Co prawda niespełna cała moja rodzina ma poluzowany lewicowy dekiel, ale jednak wyjątki się zdarzają, np. brat mamusi to znany, prawicowy publicysta. Podczas familijnych spotkań, za każdym (za przeproszeniem) jebaniutkim razem, wyciąga przypowieść, jak to przewoził dużym Fiatem bibułę z Lublina do Warszawy, a pod Piasecznem przekupił zomowców flaszką bimbru. A przecież mogli zabić. Żebyście mieli pojęcie o kalibrze: mój brat się zapiera, że podczas wakacji u rzeczonego wujaszka, częstował go cukierkami i brał na kolanka sam Bronek Wildstein.
piątek, 30 grudnia 2011
Za moją i twoją krwawicę
Pod notką MRW rozgorzała piękna dyskusja na temat równie znakomitego felietonu red. Gadomskiego. Usiłowałam dodać swój komentarz, ale blox wziął mnie za wrednego spamera, toteż będę debatować z komentatorami z Pattern Recognition na swoim prywatnym poletku. Już miałam wyciągać wór z różowymi szarfami przeznaczonymi dla największych bystrzaków, ale przypomniałam sobie, że wszystkie zdążyłam rozdać korwiniątkom. Jakoś się, niektórzy Drodzy Komentatorzy, z nimi podzielicie, w końcu macie tyle wspólnych poglądów i spostrzeżeń. Ale najpierw o wybornym tekście redahtora Gadomskiego:
Aż przetarłam oczy ze zdumienia, bo może przypadkowo wylądowałam na stronie „Najwyższego Czasu” albo innego wytworu umysłu JKM. Nie wiem, jak wy, ale ja u wyznawców Janusza najbardziej lubię sposób, w jaki wypowiadają się o rozporządzaniu publicznymi (czyli również ICH) pieniędzmi. Po pierwszych polucjach i pierwszym samodzielnie wypełnionym Picie coś się nagle w główce przestawia, a myśli skupiają na tych 150 zł podatku z umowy-zlecenia, zajumanych przez urząd skarbowy. Ze zwykłego licealisty z meszkiem pod nosem, mieszkającego kątem u mamusi, nagle mentalnie awansują do roli mecenasa kultury, sztuki, nauki, medycyny. W końcu to za jego złodziejsko odebraną krwawicę ktoś obija się na państwowej uczelni, szczepi swoje brzydkie bachory, finansuje gołe fiuty w Zachęcie. A on bidny nic z tego nie ma. Panu Gadomskiemu pod koniec roku też zebrało się na wspominki, komu i na co płaci z wierszówki. Zapomniał jednak o bardzo istotnej kwestii - tutaj wchodzi cytacik ze strony NFZ, capsy moje:
Na inny poziom dyskusji wchodzimy, gdy mowa jest o bardzo drogich kuracjach, np. w przypadku chorób nowotworowych, gdzie koszty leczenia przewyższają sumę odprowadzonych składek. W tym momencie decydujemy się, czy stoimy na lewej nóżce czy siadamy na kolankach wujcia Korwina. Kwestie elementarne, do rozpatrzenia we własnym, niecnym serduszku. Ja nie podejmuję się przekonywania do danych racji, odkąd pewien sympatyk jednej z sof, z zawodu grafik, oznajmił mi, że w przeciwieństwie do bandy rencistów bez wstydu i honoru, brzydziłby się brać pieniądze z ZUS-u. W przypadku utraty kończyn, szorowałby po tablecie graficznym końcem kadłubka (przepraszam za disturbing visualisation). Wydawało mi się, że Wyborcza jest jednym z ostatnich miejsc, gdzie można spodziewać się strzału w gębę, ale nieeeee:
To jest coś niesamowitego! Astmatycy czy cukrzycy, niczym wytrawni nałogowcy, wystoją się w aptece po dwie siaty medykamentów, po czym na wyścigi będą się (odpowiednio) sztachać tymi swoimi pysznymi inhalatorami i z podnieceniem godnym heroinisty kłuć w podziurawiony brzuch. Bo lubią. I tanie. Nieśmiało przypomnę Redaktorowi i Szanownym Komentatorom, że lekarz podczas jednej wizyty może przepisać tyle piguł, ile wystarcza na trzymiesięczną kurację. Recepty P (na choroby przewlekłe, do których NFZ dokłada najwięcej) w zasadzie bardzo trudno dostać od lekarza pierwszego kontaktu. Zazwyczaj trzeba poczekać na swoją kolej w poradni specjalistycznej. Ostatnio jak chciałam się dostać do endokrynologa, to zaśpiewano mi termin na czerwiec przyszłego roku. Więc dalej dymam prywatnie, bo lekarka w zwykłej przychodni twierdzi, że nie ma udokumentowanych dowodów na moją rzekomą niedoczynność i co mje pani zrobisz. Aha, i oczywiście biorę kilka opakowań - mam nadzieję, że może ktoś mnie kiedyś wyśledzi w aptece i skończę jako anecdata na czyimś blogasku. Jakoż i kończą biedne babcie w beretach, udzierganych z wiadomo jakiego materiału. Bo niektórzy zdają się żyć w świecie, gdzie każda osoba w podeszłym wieku ma iście królewską (w bolandzkich warunkach: esbecką) emeryturę i kilku ziomów po medycynie, którzy jej podtykają pół bloczka recept, pewnikiem na leki zasugerowane przez sąsiadkę. No dajcie spokój. Z tym zaglądaniem do reklamówek również, bo większość zawartości to preparaty, które równie dobrze można dostać w supermarkecie, a które nie są w żaden sposób refundowane. Tym sposobem pani Jadzia i pan Mietek mogą wywieźć z apteki trzy wywrotki preparatu reklamowanego przez Dżolantę Kwaśniewską, nie trwoniąc ani grosza z podatków Gadomskiego. A, przypominam, wciąż dyskutujemy o zasadności refundacji. Moja kumacja definitywnie skończyła się na kfiatku Boniego, że też zacytuję fragment:
Ja nie wiem, próbowałam na różne sposoby, ale wciąż mnie trapi, jaki to ma związek z tematem. Że zabawne, bo różne nazwy, a ta sama substancja aktywna? To zjawisko pięknie wyjaśnili o tutej. Poza tym to znakomity argument, ale do dyskusji o pierwszej pomocy, której w tym kraju umie fachowo udzielić raptem kilka osób. Kiedyś rozwinę wątek.
środa, 02 listopada 2011
Trupiszcze w tataraku
Sama się sobie dziwię, że do tej pory nie rozprawiłam się z moim ulubieńcem. Bardzo zacna postać: nigdy nie wywróżył sobie numerów Lotka, nie zobaczył w snach złamanej, smoleńskiej brzozy, a przed ostatnimi wyborami stawiał na Jarka i wieszczył słaby wynik Palikota. Na co dzień kosi szmalec dzięki obwąchiwaniu przepoconych skarpet i rysowaniu misternych mapek, których nie powstydziłaby się grupa maluchów w pobliskim przedszkolu. Krzysztof Jackowski, zawód: wizjoner naszych czasów.
sobota, 15 października 2011
Alba Gu Bràth - part two
Długo oczekiwany ciąg dalszy - ostatnimi czasy zajmowałam się głównie wciskaniem dmuchanego materaca między okno a szpitalne łóżko. I przerywnik, ku poprawie zdrowia psychicznego naszej pupilki Doktoruli, która wciąż nie może dojść do siebie po wstrętnym, jednoosobowym, lewackim ataku. Dziś rzeczy przyjemniejsze niż obcowanie z frondowymi tytanami umysłu!
|
Archiwum
Zakładki:
Jaszczomp poleca:
|